„Aktor gra, że śpiewa”. To stwierdzenie towarzyszyło mi przez lata. Czy aby na pewno musi być słuszne?
Lubię myśleć o piosence jako o tekście do przekazania, monologu ubranym w dźwięki. Mam szacunek do zapisu nutowego, ważne jest, aby trzymać się dźwięków, rytmu i tych wszystkich muzycznych wykładników przypisanych piosence. Wierzę, że jeśli będę poruszać się w niej swobodnie, z pewnością, bez zastanawiania się, czy aby na pewno trafię w tonację, wtedy nie będę musiała „grać, że śpiewam”, muzyka sama ze mnie popłynie. Dlatego ważne jest wsparcie profesjonalisty, nauczyciela śpiewu, który poprowadzi mądrze i pomoże we właściwej emisji głosu. Jest to bardzo istotny element w myśleniu o piosence, podstawowy. Ale żeby piosenka była żywa, moja i prawdziwa, niezbędne jest głębokie wypełnienie. I tutaj z pomocą przychodzi Technika Meisnera.
„Ty nie grasz smutku, ty jesteś smutkiem” – był to najpiękniejszy komplement jaki usłyszałam od znajomego reżysera po jednym z moich recitali. Połączenie emocjonalne z tekstem, most, łączący mnie z podmiotem lirycznym bardzo pomaga w tak głębokim wejściu w smutek na przykład. Trzeba jednak nieźle uważać ile tego smutku dać na zewnątrz, bo łzy spływające do gardła i co za tym idzie momentalnie zatkany nos, nie pomagają w śpiewie :) Natomiast wypracowane wcześniej personalizacje ułatwiają dostęp do tych trudnych emocji. Jak na kliknięcie przywołują pewne ważne dla mnie skojarzenia, które doprowadzają do konkretnych stanów emocjonalnych. Będąc w działaniu, w trakcie występu sama decyduję na ile łez mogę sobie pozwolić. Jak duży smutek w tym momencie zniosę, żeby swobodnie dośpiewać do końca, jednocześnie zachowując założoną interpretację. A co jeśli łzy się nie pojawią? Bywa i tak. Choć to trudne, dobrze wtedy zaufać, że nasz przekaz jest na tyle silny, iż przebije się do widza. Widz odczyta to, co z nim w danym momencie zarezonuje i nawet jeśli aktor nie zaleje się łzami, widowisko będzie poruszające. „Aktorstwo nie jest o płakaniu”. Tyle razy to słyszałam podczas mojego Pełnego Treningu w Technice Meisnera i tyle razy powtarzam to moim obecnym studentom. Niby o płakaniu nie jest, ale dostęp do pełnego wachlarza emocji należy wypracować. A w samym widowisku na zewnątrz wyjdzie tyle, ile w danym momencie się uda. Ważne, żeby nie udawać, nie wyciskać niczego na siłę. Dawać na zewnątrz tyle, ile się ma w środku.
Większym wyzwaniem jest dla mnie złość. Jak wyrazić ją w piosence na tyle bezpiecznie, żeby nie przekrzyczeć utworu? Jak dawać sobie swobodę na silne emocje, ale z szacunkiem do widza i pana akustyka, który będzie musiał to usłyszeć? Na ratunek przychodzą wtedy taktyki. One na ratunek przychodzą mi też wtedy, kiedy jednak mijam się z dźwiękami, mimo moich najusilniejszych starań. Parlando, kto wie, ten wie, kiedy z niego skorzystać ;) Ale wracając do taktyk. Skupiam się wtedy na konkretnym działaniu. Co chcę uzyskać? W jaki sposób? Powiedzmy, że wybieram oskarżanie, więc oskarżam niewidzialnego partnera w monologu (albo jednego z widzów, co osobiście uwielbiam robić – mówić do konkretnej osoby na widowni. Jest to zagranie niebezpieczne, bo nigdy nie wiadomo jak ten ktoś zareaguje i czy udźwignie ładunek emocjonalny, ale bycie w momencie tyle praktykowane w ćwiczeniu „repetition” i milionie improwizacji – jakże jest ekscytujące). Oskarżając, flirtując czy szydząc mogę skupić się tylko na tym, na konkretnym. ukierunkowanym działaniu, które spowoduje, że będę wiarygodna, a nuty same się ułożą (albo i nie, ale w ostatecznym rozrachunku nie jest to aż tak ważne). Pamiętajmy, że mówimy o piosence aktorskiej, gdzie jeśli potrzebuję mogę zaśpiewać „teraz brzydkim dźwiękiem” do czego swoich studentów namawiał ponoć również prof. Bardini. Należy mieć wypracowane mocne podstawy, pewność emisji, dźwięków, swoich możliwości, znać zasady, a następnie śmiało je łamać, odważnie sięgać po swoje i szukać interpretacji, która będzie z Tobą spójna, niepowtarzalna, czasami zaskakująca.
A czego nie dośpiewasz, to dograsz, a resztę dowyglądasz. Ostatecznie ważne jest to, co masz do przekazania.